Wywózka na Sybir - dalsze losy
Dodane przez cc_admin dnia Luty 03 2006 08:23:17
   W nocy z czwartku 20, na piątek 21 czerwca 1941 roku dom nasz został otoczony przez ośmiu uzbrojonych ludzi z NKWD. Słychać pukanie do okna i po Polsku polecenie, otwierać! Wstał brat i otworzył drzwi. Gdy zobaczył uzbrojonych ludzi cofnął się do środka, a oni weszli do domu. Jeden z nich, najstarszy rangą powiedział żeby nie robić paniki i że za pół godziny mamy wszyscy być gotowi do podróży. Powiedział, że pojedziemy do Związku Radzieckiego. Było nas w domu pięć osób. Ja, brat i drugi brat z żoną i z dwutygodniową córką.
   Przed domem stała już fura. Nam kazali szybko pakować rzeczy na furę, bratowej szybko się ubierać i szykować dziecko do drogi. Sami tymczasem przeprowadzali tak zwaną rewizję, zabierając dla siebie niektóre rzeczy z domu. Spakowane rzeczy, przeważnie żywność i ubrania, załadowaliśmy na furę. Kazali nam wsiadać, także dwóch uzbrojonych żołnierzy wsiadło na furę i kazali wieść nas pod siedzibę NKWD w Ciechanowcu. Pozostali, uzbrojeni żołnierze, poszli po kolejne rodziny, do następnych domów. Po przyjeździe pod siedzibę NKWD kazali zatrzymać się. Najstarszego brata wzięli do środka na przesłuchanie i zatrzymali w areszcie. Nas kazali wieść do oddalonej o 20 km od Ciechanowa stacji kolejowej Czyżew.
   W Czyżewie stał już pociąg towarowy. Zwożono tam ludzi z różnych stron i ładowano do wagonów towarowych, po 60 osób do jednego wagonu. Po umieszczeniu nas w jednym z wagonów zaczęła się nasza podróż. Najgorzej było z tym maleństwem dwutygodniowym. Na 60 osób było tylko kilka wiader wody, które wzięliśmy w Czyżewie. Jechaliśmy kilka dni. Po drodze prosiliśmy strażników żeby choć dla dziecka podali trochę przegotowanej wody, ale nie było żadnej reakcji z ich strony.
   W Smoleńsku otworzyli wagon i dwóch z nas z wiadrami poszło na stację i przynieśliśmy gotowaną wodę, z której przynajmniej dla dzieci można było zrobić herbatę. Pociąg ruszył w dalszą drogę na wschód. Gdy pociąg zatrzymywał się na małych stacjach, zbiegała się do pociągu miejscowa ludność prosząc, żeby im rzucić kawałek słoniny. Mówili, że od 20 lat nie jedli słoniny. Gdy im Polacy rzucali kawałki słoniny z wagonów - to wprost nieprawdopodobne do opisania, jak oni rzucali się na tę słoninę i jak jeden drugiemu wyrywał ją z rąk... W końcu dojechaliśmy do miasta Kotłas. Tam kazali nam wysiąść. Miasto leży nad rzeką Wyczegda, prawym dopływem Dwiny. Przy brzegu stały barki. Kazano nam załadować się do dwóch barek. Barkami płynęliśmy ze trzy dni. Podczas tej podróży pogryzieni zostaliśmy straszliwie
przez komary, a najwięcej ucierpiały od nich dzieci. Dopłynęliśmy do miasta Syktykar. Tu jedną barkę (tą w której płynęliśmy) odłączyli, a druga popłynęła dalej.
   Dziecko bratowej nie było myte przez 5 tygodni. Tu dopiero córka jej została umyta. Cała była w strupach. Bratowa nabrała wody z rzeki w miednicę, nagrzała ją na słońcu, a następnie wykąpała w niej córkę. Strupy zeszły, a dziecko jak usnęło po kąpieli, to spało przez dwie doby.
   Z Syktykaru przyjechały ciężarówki i nimi zaczęli nas rozwozić po różnych przysiółkach, po tajdze. Naszą grupę (około 60 osób) zawieźli do Kiewki Iba. Wioska ta ciągnęła się wzdłuż drogi około 10 km. Tu nas wyładowano i poprowadzono do baraku, w którym już na nas czekał kierownik z przysiółka Woriu, do którego było jeszcze około 50 km. Kierownik przyjechał konno. Spisał nas wszystkich i odjechał. Na drugi dzień przysłał po nas 4 fury. Starszych i dzieci usadzili na furach, a młodsi musieli iść pieszo.
   Konie były nieduże, syberyjskie. Wieźli nas do przysiółka Woriu. Komary i mszyce tak nas gryzły, że myśleliśmy, że chyba tam nie dojedziemy. Chciało mi się strasznie pić. Gdy zobaczyłem płynącą przez las rzekę w pobliżu drogi, pobiegłem nad brzeg i napiłem się wody. Po kilku godzinach bardzo rozchorowałem się. Nie mogłem iść, więc wzięli mnie na furę. Wiedzieli, że dostałem krwawej dyzenterii. I tak dojechałem do przysiółka Woriu. Kierownik, który nas spisywał powiedział nam, że tam gdzie jedziemy są fabryki i jest to spore miasto. Na miejscu okazało się, że jest tu tylko 8 baraków zbudowanych z okrąglaków. Do każdego z baraków, które były już zamieszkałe przez ludzi przywiezionych tu z różnych rejonów Rosji w 1932 r., przydzielono po kilka osób. W baraku, do którego trafiłem byli Kozacy, których w 1932 roku sowieci rozkułaczyli i wywieźli na Sybir. Między tymi Kozakami było małżeństwo. On był lekarzem, a ona felczerką. Udałem się do nich po pomoc, bo miałem ogromne boleści brzucha i biegunkę. Obejrzeli mnie i dali jakieś zioła. Po trzech dniach po tych ziołach bóle ustąpiły.
   Powitanie nas było takie: żołnierz NKWD powiedział do nas, że tu będziemy pracować i tu poumieramy. Bo jak swego ucha nie zobaczysz tak i Polski więcej nie zobaczysz i do niej nie wrócisz. Po tym powitaniu każdemu łzy z oczu popłynęły i rozeszliśmy się do swoich baraków. W każdej izbie było nas po 15 osób. Praca była ciężka - w lesie przy wyrębie, wykopywaniu karp, zbieraniu żywicy z sosen. Letnią porą pracowaliśmy przy sianokosach. Pracowało nas około trzydziestu, samych młodych. Kosiliśmy łąki, na polanach w odległości około 30 km od naszych baraków. Ja kosić nie umiałem. Skoszoną trawę z jeszcze jednym z zesłańców składaliśmy w stogi. Spaliśmy w starych, przez nikogo nie zamieszkałych barakach, w pobliżu tych polan na których pracowaliśmy. Był straszny głód. Dzienna porcja na osobę to było 300 gram chleba. Któregoś wieczoru, gdy wszyscy zebrani uradzili, żeby wysłać delegata do kierownika z prośbą o przysłanie niezbędnego do życia jedzenia, wypadło na mnie.
   Następnego dnia poszedłem piechotą do tego naszego przysiółka. Wszedłem do baraku gdzie mieściło kierownictwo i NKWD i mówię, że ludzie są głodni, nie są w stanie pracować i proszę żeby nam dodali żywności. Wtedy żołnierz naskoczył na mnie i zaczął po rusku krzyczeć. Kazał przygotować sobie konia. Gdy go dosiadł, gnał mnie piechotą z powrotem do tych polan, na których kosiliśmy siano. Gdy brakowało mi siły poganiał mnie i bił kijem, a były i takie chwile, gdy chciał do mnie strzelać i krzyczał: "Ja tebia zastrelu kak sabaku". Po tym doświadczeniu musieliśmy się z losem pogodzić. Kosiliśmy łąki jeszcze przez dwa tygodnie. Gotowany szczaw i ten kawałek chleba musiały nam wystarczyć. Po dwóch tygodniach wróciliśmy do przysiółka Wariu. Stąd chodziliśmy na roboty do lasu na zręby i przy kopaniu karpiny. Dowiedzieliśmy się, że ciuchy można wymienić z zamieszkałą tu ludnością, na kartofle. Chodziliśmy więc po 30 - 50 kilometrów do przysiółków, aby wymienić ubranie na dwa wiadra kartofli. Przywiezionych z Polski ubrań na długo nie starczyło. Pracując i głodując przeżyliśmy w tym przysiółku do jesieni 1942 roku.
   Jesienią tego roku młodych mężczyzn NKWD zabrało z tego przysiółka i zawiozło do Workuty. Tamtejsza ludność powiedziała nam, że stamtąd nie ma już powrotu, że to jest obóz śmierci. Tam już nawet lasów nie było, tylko pustynia śnieżna. Wzięli nas do kopalni węgla. Co dzień były wypadki. Kilku z moich kolegów zginęło. Sami ich chowaliśmy. Tam były bardzo silne mrozy, dochodzące do 70 stopni. Latem ziemia rozmarzała zaledwie do pół metra.
Tych, co zginęli chowaliśmy po prostu w śniegu. Pamiętam, że w Wigilię 1942 roku pracowaliśmy w kopalni. Pracowało ze mną kilku Polaków, któryś z nich miał kawałek chleba. Zebraliśmy się i podzieliliśmy tym chlebem. Każdemu łzy popłynęły z oczu i szybko rozeszliśmy się. Mało kto przeżywał w tych warunkach dłużej niż rok.
   Ja miałem szczęście. Na początku 1943 roku Stalin wydał rozkaz, żeby wszystkich Polaków zabrać do wojska. W lutym 1943 roku przyjechała do Workuty Komisja Wojskowa i zostaliśmy przyjęci do wojska. Było nas około 30.
   Jechaliśmy około pięciu tygodni o głodzie. Na drogę nie dostaliśmy żadnej żywności. Jak pociąg stawał na stacji, to my wszyscy w rozsypkę po domach, żeby coś wyprosić do jedzenia. Tak dojechaliśmy do Sieło nad Oką, gdzie był punkt zborny wojska polskiego. Mnie wzięli do czołgów, a to dla tego, że przed wojną służyłem w Broni Pancernej w Brześciu nad Bugiem. Przeszliśmy paromiesięczne przeszkolenie i pojechaliśmy do Riazania na praktykę. Tam dostaliśmy prawa jazdy na czołgi T-34 i przydzielono nam czołgi. Załadowani zostaliśmy na wagony i pojechaliśmy na front.
   Tak przejechałem w czołgu cały szlak bojowy od Lenino do Berlina. Dwa czołgi, których byłem kierowcą, zostały zniszczone. W jednym zginęła w płomieniach cała załoga. Tylko mnie jako kierowcy udało się wyskoczyć, gdy zapalił się czołg i uratować. Drugi dostał po gąsienicach. Nie było tak tragicznie jak za pierwszym razem, wszyscy ocaleliśmy. Gdy skończyła się wojna powróciłem do Ciechanowca.


© Wincenty Wierciński - wszelkie prawa zastrzeżone.

  fot.1 - Warszawa - Praga - wrzesień 1944,   fot.2 - Trzebieszów - 14.11.1944 r.