Znowu z „Łupaszką" - na partyzanckich szlakach Pomorza
Dodane przez cc_admin dnia Wrzesień 07 2006 07:27:22
   Major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka" po rozwiązaniu dowodzonej przez siebie brygady partyzanckiej wyjechał na Pomorze Gdańskie, gdzie nawiązał kontakt z Komendą eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK i podporządkował się jej. Ukrywając się przed UB i NKWD przetrwał trudne miesiące zimy z 1945 na 1946 rok i z wiosną, w kwietniu 1946 r., zrealizował zamiar ponownego wyjścia w pole. Tym razem terenem prowadzonych przez niego operacji partyzanckich stało się Pomorze i Mazury.
   Oddział, który sformował w Borach Tucholskich na Pomorzu, nosił nazwę odtworzonej po raz kolejny 5 Brygady Wileńskiej. Był jednak już znacznie mniej liczny niż w latach 1943-1944 na Wileńszczyźnie, czy w 1945 r. na Białostocczyźnie. Jego stan osobowy nie przekraczał 70 partyzantów. Był to jednak w większości zespół wyborowych żołnierzy, o wysokich walorach ideowych i bojowych. Było wśród nich wielu harcerzy (niektórzy zaznaczali ten fakt, przypinając do mundurów krzyże harcerskie). Ponad 30% pomorskich podkomendnych „Łupaszki" było absolwentami lub uczniami szkół średnich, co nie pozostawało bez wpływu na ogólny moralny poziom oddziału. Znaczna część partyzantów „Łupaszki" z pomorskiego okresu działalności służyła już wcześniej w partyzantce, niekiedy nawet od 1943 roku. Byli to więc ludzie dobrze wyszkoleni i mający doświadczenie potrzebne do wytrwania w partyzantce. Podczas działań bojowych zawsze występowali w mundurach Wojska Polskiego. Część żołnierzy używała w tym czasie charakterystycznych angielskich bluz wojskowych i beretów. Stałym elementem wyposażenia wielu partyzantów były noszone z lewej strony kurtek ryngrafy z Matką Boską Ostrobramską.
   Warto zaznaczyć, że nawet dokumenty służb komunistycznych podkreślały wybitnie ideowy - „polityczny" charakter oddziałów dowodzonych przez majora „Łupaszkę", a także ich poprawny stosunek do ludności cywilnej i z reguły rycerskie postępowanie wobec przeciwników podczas wykonywanych akcji bojowych.

Grupa żołnierzy 5 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK.
Pierwsza z prawej "Inka". Bory Tucholskie, 1946 r.

   Specyfiką pomorsko - mazurskiego okresu działalności partyzantki majora „Łupaszki" było funkcjonowanie w niemal całkowitej „próżni" organizacyjnej, bez wsparcia konspiracyjnej sieci terenowej. Po Pomorskim Okręgu AK, który nigdy - ze względu na skrajnie trudne warunki działania na obszarze włączonym do Rzeszy - nie był jednostką silną i już w czasie okupacji hitlerowskiej został mocno „nadszarpnięty" przez Niemców - w roku 1946 prawie nic nie pozostało. Teren Mazur (dawnych Prus Wschodnich) - pozostawał w ogóle poza ogólną strukturą AK. Niewielkie oddziałki 5 Brygady, operujące na rozległych przestrzeniach, zdane były pod każdym względem na własne siły. Można było jedynie liczyć na niewielkie skupiska repatriantów z Kresów Wschodnich, z reguły życzliwie nastawionych do niepodległościowej partyzantki. Jeden z takich punktów, skupiających żołnierzy oddziału AK z powiatu wołkowyskiego (występującego pod nazwą Bojowy Oddział Armii - BOA) zlokalizowany był w miasteczku Bobolice w woj. zachodniopomorskim. Te słabe punkty oparcia nie były jednak w stanie zapewnić stałej opieki partyzantom „Łupaszki". Pozyskiwano wprawdzie także życzliwość miejscowej ludności, co odnotowywały nawet raporty UB, jednak pomocy uzyskiwanej za jej pośrednictwem nie da się porównać z opieką zapewnianą przez siatkę terenową na Wileńszczyźnie czy Białostocczyżnie.
   Szwadrony 5 Brygady Wileńskiej wykazywały w 1946 r. ogromną dynamikę i ruchliwość, przemieszczając się po rozległych obszarach północnej Polski. Nie posiadając stałych baz i stałego terenu działania, działały jako grupy lotne, tworząc oryginalną taktykę, polegającą na błyskawicznym przerzucaniu się pomiędzy odległymi punktami. Stale zmieniały miejsca pobytu, bardzo często wykorzystując w tym celu jako środek transportu zdobyczne samochody. Okresowo zapadały w leśnych kryjówkach lub na punktach w zaprzyjaźnionych gajówkach i u wspierających partyzantkę gospodarzy. Pokonywały nawet odległości wynoszące po kilkaset kilometrów.
   Podległe sobie siły operujące w 1946 r. na Pomorzu major „Łupaszka" podzielił na trzy pododdziały, nadal zwane szwadronami, choć ich faktyczne stany osobowe nie odpowiadały temu określeniu. Do tego dochodził samodzielny patrol wykonujący zlecane zadania dywersyjne i zaopatrzeniowe. Obsada dowódcza wspomnianych jednostek przedstawiała się następująco:
 * 3 szwadron - ppor. Leon Smoleński „Zeus".
 * 4 szwadron - ppor. Henryk Wieliczko „Lufa".
 * 5 szwadron - ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny".
 * Samodzielny patrol dywersyjny - por. Henryk Selmanowicz „Zagończyk".

Od lewej: ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny" i ppor. Henryk Wieliczko "Lufa".

   Wznawiając działalność partyzancką na terenach północnej Polski, major „Łupaszka" starał się ściągnąć swych podkomendnych z białostockiego okresu walki. Zapewne któryś z jego wysłanników nawiązał kontakt także i z przebywającą w Miłomłynie Danutą Siedzikówną „Inką". Wiosną 1946 r. dziewczyna opuściła to miasteczko i dołączyła do zawiązku odtworzonej w Borach Tucholskich 5 Brygady Wileńskiej AK. Dostała przydział do szwadronu ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego", w którym pełniła funkcję sanitariuszki. Wspomniana już specyfika działalności wileńskich partyzantów na Pomorzu sprawiała jednak, że musiała także wykonywać zadania łączniczki i kurierki, wyjeżdżając na odległe punkty kontaktowe. Na co dzień chodziła w mundurze Wojska Polskiego. Nie używała i nie posiadała broni, poza niewielkim pistolecikiem Mauzer kalibru 6,35 mm, w zasadzie nie mającym użyteczności bojowej. Nigdy go jednak nie używała i nawet podczas walk i potyczek do nikogo z niego nie strzelała. W tym okresie była już „starym" żołnierzem i cieszyła się zaufaniem dowódców, a także uznaniem i przyjaźnią kolegów z oddziału. Z jednym spośród nich, kapralem Henrykiem Wojczyńskim „Mercedesem", służącym w 4 szwadronie ppor. „Lufy", łączyła ją nić szczególnie bliskiej sympatii. Tak wspomina „Inkę" sierż. Olgierd Christa „Leszek", jeden z jej ówczesnych przełożonych: „Była bardzo lubiana za swoją skromność, a jednocześnie hart i pogodę ducha. Znosiła trudy z równą chłopcom, a niekiedy bardziej zadziwiającą wytrzymałością, szczególnie psychiczną. Raz tylko prosiła w czasie powrotu znad Wisły, by ktoś przejął jedną z jej ciężkich toreb. Maszerowaliśmy prawie półbiegiem ze względu na odległe miejsce postoju, a ją właśnie gnębił brak formy".

Kpr. "Zbyszek", ppor. "Leszek" i kpr. "Mercedes". Bory Tucholskie, 1946 r.

   Dowodzony przez ppor. „Żelaznego" szwadron, liczący dwudziestu kilku żołnierzy, okazał się najbardziej bojowym pododdziałem odtworzonej na Pomorzu 5 Brygady Wileńskiej AK. Stało się tak zapewne za sprawą jego dowódcy, człowieka młodego, lecz posiadającego przymioty niezbędne dla partyzanckiego oficera. Prócz wybitnie ideowej postawy i doświadczenia bojowego należy wymienić tu samodzielność i zdolność do błyskawicznego podejmowania decyzji, a także ogromną wolę i wiarę w sens prowadzonej walki.
   Szwadron ppor. „Żelaznego" rozbrajał posterunki MO i placówki UB, likwidował agentów bezpieki, zatrzymywał i kontrolował pociągi, odpierał obławy i ataki grup operacyjnych UB, MO i KBW. Jedną z najbardziej spektakularnych operacji, jaką wykonał, było rozbrojenie w ciągu jednej nocy - 19 V 1946 r. - siedmiu posterunków MO w powiatach Starogard i Kościerzyna. W jednym z opanowanych wówczas miasteczek, Starej Kiszewie, zlikwidowano także placówkę UB, zabijając 5 pracowników „bezpieki", w tym sowietnika (doradcę NKWD) z PUBP w Kościerzynie. Trzy dni później rozbito placówkę UB w Bobolicach pow. Koszalin, a także posterunki MO w Bobolicach i Piotrkówku oraz Przechylewie (pow. Człuchów).
   25 V 1946 r. szwadron „Żelaznego" odparł atak komunistycznej grupy operacyjnej koło wsi Podjazdy pow. Kartuzy. Partyzanci nie ponieśli strat, jednak „Inka" miała trochę roboty - obejrzała rany milicjantów, którzy poddali się, udzieliła im pomocy i zostawiła opatrunki (fakt ten potwierdzają zeznania funkcjonariuszy).
   Kolejny atak odparto 10 VI 1946 r. w miejscowości Tulice, pow. Sztum. Grupa operacyjna poniosła dotkliwą porażkę i uciekła w nieładzie, porzucając kilku zabitych i rannych. Część funkcjonariuszy podniosła ręce do góry i poddała się. Partyzanci rozpoznali wśród nich dwóch funkcjonariuszy UB z „powiatówki" w Sztumie. Przynależność do tej zbrodniczej formacji przypłacili życiem (tak jak SS-mani i żandarmi, którzy wpadli w ręce partyzantów w latach walki z okupantem niemieckim). Tym razem sukces partyzantów został jednak okupiony poważną stratą - ranny został dowódca szwadronu, ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny". „Inka", choć zajęta opatrywaniem jego rany, zdążyła jeszcze udzielić pomocy kilku rannym milicjantom - pozostawiając im środki opatrunkowe. Za ten samarytański czyn odpłacili się jej już wkrótce w sposób godny komunistów, bezpośrednio przyczyniając się swymi kłamliwymi zeznaniami do jej śmierci.

Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski